Proszę o nie kopiowanie zdjęć ani tekstów z bloga. Tworzenie go wymaga czasu i wysiłku z mojej strony - kopiowanie czegokolwiek i publikowanie na innych stronach czy forach internetowych bez mojej wiedzy i zgody jest po prostu kradzieżą.
Zakładki:
Sunday and Vigo in English

Najważniejsze wpisy w blogu

Krewni i znajomi Królika

Edukacja dla Odpowiedzialnego Właściciela i Szkolenie dla Wspaniałego Psa

Hodowle

Owczarek pirenejski

Napisz do mnie

Kategorie: Wszystkie | English | Lektury | News | O Bravie | O Eri | O Sunday | O Vigo | O mnie
RSS
piątek, 09 marca 2012
W ramach reanimacji trupa ;)

Mam trochę pięknych zdjęć oraz filmik, zmontowany przez jedną z uczestniczek szwedzkiego semi :). Widać jakie cudowne psy były (między innymi normalnie zbudowany i normalnie mający w główce poukładany ONek):

A dzięki Animalmedia.pl i niezawodnej Pauli mam też garść przepięknych zdjęć z Sycowa:

18:48, orvokki , News
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 marca 2012

Blog zdycha niestety. Jest to związane z jakimś tajemniczym zjawiskiem, o którym mówią obie moje babcie, że mianowicie im człowiek starszy, tym mu czas szybciej biegnie. Albo może to wina Tuska lub cyklistów. 

W każdym razie gdzie byliśmy w czasie, kiedy nas nie było?

Najpierw na zawodach kwalifikacyjnych w Sycowie. Już trochę nie pamiętam jak było, poza tym, że umierałam ze zmęczenia po ciężkim tygodniu, w związku z czym w niedzielę biegałam jakoś dziwnie. Miałam trochę fajnych biegów, między innymi wygrałam z Bravą jumping open w sobotę z najlepszym czasem (strzelając sobie przy okazji w kolano, bo Brava tak wyśrubowała ten czas, że spaniel się nie zmieścił w limicie, żeby załapać jakieś punkty kwalifikacyjne) i agility open w niedzielę, jw. Brava też pięknie pocisnęła taki dodatkowy jumping, który był w sobotę, dzięki czemu wygrałyśmy voucher na zniżkę 50% na offroadową wyprawę do Maroka :) z którą jeszcze nie wiemy, co zrobić :D

I nawet udało jej się ścignąć rodzonego brata o 0,03 s ;).

Eri zrobiła niespodziankę niemiłą, mianowicie głośnik puknął w sobotę i Eri powiedziała, że o nie, nie, w takich warunkach to ona się boi i ma w nosie. Potem się trochę laska rozbujała nawet, ale cóż. Fakt pozostaje faktem, u Eri w czwartym roku życia ujawniły się fobie dźwiękowe i do widzenia. Taki argument w dyskusji, czy lepiej sukę kryć wcześniej czy później (oraz czy każdy pies nadaje się do biegania w hali równie dobrze :P).

A po zawodach wysłałam pieski trzy do Wrocławia z Katką, a sama z Bravą zabrałam się z Martynką i Moniką do Warszawy, gdzie przenocowałam u Moniki (dzięki :)) a rano wsiadłam w samolot do Kopenhagi. Przerażona byłam niepomiernie faktem lotu z psem, snuły mi się straszne wizje po głowie pt. ja do Kopenhagi, a Brava do Amsterdamu albo Brava zamarzająca w luku bagażowym - szczęśliwie lęk nr 1 został rozwiany przez to, że na własne oczy widziałam, jak ją wkładają do samolotu, do którego właśnie wsiadałam, a lęk 2 dwa przez doświadczonych przyjaciół, co to już z psami latali i twierdzili, że jest im tam ciepło :) (jak wracałam to pani z odprawy przy mnie dzwoniła do obsługi samolotu, żeby włączyli ogrzewanie w luku bagażowym, więc prawda to jest). W Kopenhadze wsiadłam w pociąg do Szwecji (genialnie to tam mają zorganizowane: lotnisko, dworzec kolejowy i metro w jednym miejscu, nigdzie nie trzeba łazić z bagażem), gdzie na zaproszenie Jenny Damm miałam prowadzić seminarium... o strefach zbieganych. Zanim jednak semi się zaczęło spędziłyśmy miły relaksujący wtorek na spacerach nad morzem, pierwszym zapoznaniu Bravy z owcami (podobno sukces, mnie trudno orzec, moje zwierzę latało wokół owiec i darło ryja, rasowe znaczy) i oczywiście treningu agility :).

Samo semi z punktu widzenia prowadzącej bardzo fajne, miałam do czynienia z bardzo różnymi przewodnikami, ale wszyscy byli fajni, a psy po prostu RE-WE-LA-CY-JNE, tak więc pracowało mi się bardzo miło i mam wrażenie, że uczestnicy też chyba zadowoleni. Uwielbiam patrzeć, jak psy się uczą :).

Mieszkałyśmy sobie z Bravą w ślicznym małym drewnianym domku pomalowanym na czerwono i z białymi ościeżnicami, oświetlanym świecami, chodziłyśmy na spacery w urzekająco piękne miejsca (w niektóre z nich po nocy bo już po treningach, ale co tam, księżyc świecił), biegałyśmy po fajnej hali pod okiem zarąbistej trenerki, no żyć nie umierać.

Mimo wszystkich tych zalet, jak również dobrego jedzenia, postanowiłyśmy jednak wrócić do Polski, bo jakoś nam się tęskno robiło zwłaszcza późnym wieczorem, jak można było usiąść na chwilę w końcu ;) i w sobotę wyruszyłyśmy w sumie 14 godzinną podróż do domu (pociąg, samolot, pociąg Warszawa - Wro, który okazał się super luksusowy, szybki i żarcie z Warsa donosił miły pan, Ameryka). Bardzo żałuję, że nie zatargałam do Szwecji ze sobą aparatu, który waży tonę, mam mocne postanowienie sprawienia sobie w przyszłości jakiegoś kompakcika kamerko-aparatu z możliwością dzwonienia ;), tak więc fot właściwie nie ma :(.

19:05, orvokki , News
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 13 lutego 2012
Dawno, dawno temu...

Natchnęło mnie wczoraj na grzebanie w domowym archiwum i doszukałam się prawdziwych skarbów :). Oto pierwszy w ogóle filmik ze spanielem w roli głównej - ma on prawie 9 lat (a spaniel na filmiku około roku):

Z innych skarbów, odnalazłam też spanielowe filmiki z zawodów z 2005 roku. Spaniel jak widać jeszcze biegał w mediumach, ja biegałam jakoś dziwnie, ale i tak uważam całokształt za dość przyjemny dla oka, zważywszy, jak dawno to było (i że jeszcze było przed epokowym dla mnie semi z Silvią Trkman :)):

17:34, orvokki , News
Link
piątek, 10 lutego 2012
Hej, przygodo!

Rzuciła w zeszłą sobotę Katka wyruszając raźno w podróż do Celadnej na trening z Lucie Dostalovą i Terezą Kralovą. Wywołała tym samym różne chochliki, gdyż jak wiadomo, przygody bywają różne.

Najpierw gdy mknęłyśmy sobie oświetloną zimowym słoneczkiem A4 wskazówka temperatury silnika zawędrowała nam jakoś niepokojąco wysoko, co skłoniło nas do zatrzymania się na pasie awaryjnym, pizgnięcia w kąt feministycznych przekonań i zawezwania na ratunek przedstawicieli męskiej połowy ludzkości ("A jak się tu tak dymi to dobrze, czy nie bardzo?"). Po konsultacjach telefonicznych i przestudzeniu silnika (na szczęście temperatura -17 temu chłodzeniu wyjątkowo sprzyjała) doturlałyśmy się do stacji, gdzie w oczekiwaniu na ratunek wypiłyśmy sobie całkiem spokojnie trzecią kawę.

Ratunek w postaci Jara (dzięęęękiiii :D) przybył, płyn chłodniczy został wymieniony, owijka na bezpiecznik od wentylatora założona, ruszyłyśmy dalej. Tym razem dla odmiany było przeraźliwie zimno, bo wszystko się zaczęło chłodzić jakby za bardzo, niemniej jednak dojechałyśmy szczęśliwie na trening tylko trochę spóźnione.

Na miejscu okazało się, że wprawdzie w hali jest minus 9, ale klatki można postawić w ciepłym korytarzu i w ogóle jest wypaśnie. Katka z Vigo i Lilem śmigała u Terki, ja  z Eri i Bravą u Lucki, okazało się, że nawet w tych temperaturach człowiekowi może się całkiem gorąco zrobić :).

Po treningu zamontowaliśmy się w naszym lokum (mieliśmy pokój przystosowany dla księżniczki na ziarnku grochu, bo oprócz bodajże 6 łóżek znajdował się w nim też stos kilku materacy, aż żal, że nie wzięłam spaniela), po czym wcisnęliśmy się w 6 osób w 5 osobowe auto :) i pojechaliśmy na pizzę. Eri, która miewa niemiłe tendencje do zjadania małych piesków, odizolowałam w łazience, zostawiając jej tam ciepłe posłanie i miskę z wodą. I kaloryfer. Znaczy komfortowo miała, żeby nie było. 

Po powrocie i otwarciu drzwi rzeczonej łazienki oczom moim ukazało się najpierw dużo kawałków papieru toaletowego przerobionego na konfetti, a potem dostrzegłam wśród konfetti jakieś trociny... zaraz trociny? W tej łazience było coś drewnianego?

Ano było. Drzwi.

:/.

Eri, której dotychczasowe osiągnięcia na polu demolki skończyły się na pogryzieniu jakiejś Sergiuszowej książeczki, wyżarła kawał ościeżnicy z obu stron, oderwała dekoracyjne listwy od drzwi i przerobiła je na wykłaczki, a same drzwi dosć solidnie podrapała). Nie wiem, co w nią wstąpiło, czego się przestraszyła, zostawała tak wcześniej (za to już nigdy nie zostanie :P) i nigdy nie było problemów.

Na skołatane nerwy kochane Freexy dzielące z nami lokum zaoferowały mi cytrynówkę :P. Mimo wszystko noc nie należała do najlepiej przespanych, zwłaszcza że właścicielka domu wróciła jakoś tak o 4 nad ranem. :P

No cóż, drzwi czy nie drzwi, ćwiczyć trzeba, więc w niedzielę walczyłyśmy dalej. Poniżej zapis niektórych zmagań, czy już kiedykolwiek wspominałam, że moje psy są zarąbiste? Tylko mi jakoś chwilami jakby tchu brakowało, co zresztą miało tę dobrą stronę, że wytłumiało moją tendencję do kompletnie nonsensownego nawoływania psa non-stop, bo mi zwyczajnie powietrza w płucach brakowało :).

No, summa summarum weekend fajny, aczkolwiek chwilami lekutko bardziej nerwowy, niż byśmy sobie życzyli ;).

12:51, orvokki , News
Link
środa, 01 lutego 2012
Jahodova party Kladno :)

Moja śliczna wiewióreczka :) z zawodów w Kladnie. Zawody odbywały się na jakiejś przeraźliwie śliskiej wykładzinie (ale to może i dobrze, biorąc pod uwagę, że za niecały miesiąc nasze pierwsze kwalifikacje do MŚA też będą na takiej), jeden sędzia stawiał tory trochę za trudne jak na taką nawierzchnię, drugi z kolei trochę za łatwe tak w ogóle (ale miało to swoją przyczynę, mianowicie sędzia wydawał się cierpieć na lekką demencję i sprawiał wrażenie, jakby nieco bardziej skomplikowanego toru nie był w stanie zapamiętać... i tak zresztą zdarzyło mu się nie zauważać, że pies pokonał nie tę przeszkodę, co trzeba). Poza tym były przyjemnie, ciepło na hali i pyrkowo w okolicy:

(od lewej Vigo, Brava, Flaszek, Evo, Kaira i Anti, spaniel czai się w tylnym rzędzie)

Poznaliśmy naszą kuzynkę Dakotę z Tylenu Moravia, siostę Kairy :).

Jeśli chodzi o bieganie, to hm. Super spaniel wprawdzie w sobotę zajął sobie dwa drugie miejsca (w SA3 i open agility), ale ogólnie nie był w formie najwyższej i miał jakby problem z eee, wypróżnianiem się w niewłaściwych miejscach, tzn. na torze. Może sobie jakoś wzbogaciła dietę na własną łapę, a może powinnam zmienić karmę, bo generalnie robiła fyfnaście kup dziennie i na ringu waliła jak już byłam pewna, że nie będzie miała czym :P. W niedzielę też jakoś nie była w formie jeśli chodzi o prędkość, mimo czystych biegów plasowała się daleko za podium.

Sobotnie agility open spaniela:

Brava miała trochę problemów z wykładziną, a ja miałam trochę problemów z tym, że w ogóle nie byłam w stanie przewidzieć tego, gdzie się w danym momencie znajdzie i jakie będzie jej tempo na tej nawierzchni. Udało nam się jednak ładnie pobiec jeden egzamin A3 i coś tam nawet zawalczyć w jakichś innych biegach. Wyjaśniło się też dlaczego w niektórych innych nie udawało nam się zawalczyć (absolutnie nie ma to nic wspólnego z tym, że wypchnęłam ją na murek zamiast pokazać slalom, nie, nie):

Nasz najładniejszy bieg niestety nie został nagrany :(.

20:15, orvokki , News
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Fast'n'furious

Całkiem zapomniałam się tu pochwalić niewątpliwą zarąbistością mojej suki. Pewnego zimowego dnia pojechałyśmy sobie poćwiczyć na wykładzinie pod Decathlonem w Gliwicach ;):

Ogólnie rzecz biorąc dochodzę do wniosku, że moje zwierzątko robi się coraz bardziej zarąbiste z każdym dniem :).

W ten weekend za to pojechałam na zawody VOSA Cup w czeskiej miejscowości Sviadnov. Spóźniona zima akurat w ten weekend postanowiła nadejść, co nam trochę umiliło drogę, zwłaszcza fragment autostrady po wyminięciu pługa śnieżnego. Za to po dotarciu na miejscu mieliśmy ładne śnieżne pagórkowate widoczki :). Zawody były na końskiej hali, dość takie skromnie obsadzone, ale tory Tomasa Glabazny jak zwykle dostarczyły nam dostatecznych wyzwań :).

Od jakiegoś czasu dostrzegam piramidalną zmianę w Eri. Moje malutkie, cichutkie, grzeczne, starające się zwierzątko zmienia się w jakiegoś potwora, który wyrywa rączki na szarpaku, drze ryja na starcie, rozgina pręty w klatce i biega dwa razy szybciej niż zwykle. :) Być może moje marzenie o szybkim large spełni się szybciej niż się spodziewałam :D.

W sobotę w sumie jakichś większych sukcesów nie odniosłam, ale miałyśmy z Bravą piękniutki bieg w A3:

Brava się ostatnio zrobiła tak ponaddźwiękowa, że generalnie mam wybór albo biec albo coś mówić, bo na jedno i drugie płuc mi nie starcza.

Eri podobnie jak w zeszłym roku miała problem ze slalomem tym, jestem całkiem pewna, że go po prostu nie widzi, szary na szarym piasku :/.

Po zawodach w sobotę pojechaliśmy do hotelu, do którego nie mogliśmy trafić ;). GPSy się zbuntowały, hotel jakiś utajniony był i w końcu nie pozostało nic innego jak zapytać miejscowego o drogę. Miejscowy najpierw nas przeindagował na okoliczność tego, czy tam nocujemy, ile nocy, skąd jesteśmy, potem wyjaśnił rzeczowo "400 metrów i do lewa" a potem nagle trafiony świeżą myślą wykrzyknął "Albo nie, pokażę wam! To jest 5 minut piechotą", po czym nie czekając na naszą reakcję ruszył żwawym kłusem w kierunku hotelu... cóż było robić, ruszyliśmy za nim w kolumnie zorganizowanej w 3 samochody, zastanawiając się, czy sobie za tę grzeczność na miejscu policzy 100 koron na flaszkę czy co. Ale nie, okazało się, że to tak z czystej uprzejmości ;).

W niedzielę za to biegało mi się super naprawdę. Z Eri wygrałam agility open i chyba po raz pierwszy miałam z nią tak idealny bieg, kiedy naprawdę czułam, że obie dajemy z siebie wszystko i miałyśmy takie idealne porozumienie :). Nagranie może będzie później :). Brava była na pudle we wszystkich trzech biegach, w jednym sędzia najpierw policzył nam strefę na kładce, a potem się zreflektował, że jednak gdzieś tam paluszkiem zaliczyła ją na samym dole i odwołał :), co było bardzo miłe z jego strony.

Ogólnie fantastyczny wyjazd jak zwykle :).

23:13, orvokki , News
Link
niedziela, 08 stycznia 2012
Psem, dzieckiem i mężem się nie pochwalisz

Jakąś taką ludową mądrość zasłyszałam kiedyś. Jeśli chodzi o psy działa bez zarzutu.

Przykład pierwszy to Vigo, który ogólnie rzecz biorąc ma strusi żołądek i wymiotował wszystkiego trzy razy w życiu, z czego pierwszy raz w samochodzie znajomej w drodze na zawody na baaardzo śmierdząco (niezapomniane wrażenia z prania maty samochodowej w śniegu na trasie na Kudowę...), drugi raz, jak odwiedziła mnie przyjaciółka nie lubiąca psów, przy czym pierwszy paw został idealnie zsynchronizowany z jej wejściem do domu. Trzeci raz był mniej pamiętny, poza tym, że Vigo wykoncypował, że należy rzygać do wanny.

Przykład drugi łączy się z lekcją pokory, więc upokorzenie było tym dotkliwsze. Mianowicie swego czasu w jakiejś internetowej dyskusji wymądrzałam się, że mam psa myśliwskiego, który jest odwoływalny. Jakiś czas później postanowiłyśmy przenieść wirtualną znajomość do reala z jedną z dyskutantek i umówiłyśmy się na wspólny spacer. Traf chciał, że było to wkrótce po mojej przeprowadzce z centrum miasta na mój wygwizdów, a co za tym idzie spaniel właśnie odkrył był istnienie bażantów i przez większą część spaceru stanowił absolutnie ignorującą moje histeryczne wrzaski białą kropkę na horyzoncie.

To jest w ogóle jakiejś mam wrażenie ogólniejsze prawo Murphy'ego, mianowicie jeśli masz psa, który jest generalnie posłuszny, ułożony i raczej nie miewa kretyńskich pomysłów, to niewątpliwie weźmie to wszystko w łeb w momencie, w którym umówisz się z innym psim znajomym na wspólny spacer. Na moje psy działa bez pudła. Zaczyna się nieodmiennie od grupowego oszczekania znajomego i jego psa, a potem niczym u Hitchocka napięcie rośnie i można liczyć na pełen przegląd niepożądanych psich zachowań w stylu zjadanie śmieci, zjadanie kup, tarzanie się w śmierdzących substancjach połączone z natychmiastową ochotą do przytulenia się lub wskoczenia na ręce, szczekanie na ludzi, szczekanie na psy, oddalanie się w swoich sprawach w siną dal plus jeszcze parę nigdy wcześniej nie widzianych i w związku z tym będących nie do przewidzenia zachowań.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy pamiętać, mianowicie, że psy nie tylko zawsze są gotowe ośmieszyć nas przed znajomymi, w szczególności tymi, na których opinii nam zależy, ale też wykorzystają każdą naszą najmniejszą słabość bez wahania i bez litości. Swego czasu wywaliłam się na zamarzniętej kałuży i już padając miałam wrażenie, że mi się nóżka jakby pod złym kątem zgięła. Ból, który nastąpił po zetknięciu z podłożem upewnił mnie, że w rzeczy samej, ludzka kończyna w tym miejscu nie powinna się w tej osi poruszać, zajęłam się więc wydawaniem mało cenzuralnych okrzyków mających na celu wezwanie pomocy oraz przyniesienie mi ulgi w cierpieniu. Pieski oceniły sytuację błyskawicznie i jednomyślnie oddaliły się w kierunku najbliższego śmietnika, słusznie wnioskując, że nie jestem w stanie ich powstrzymać. Z podobnym zjawiskiem można się zetknąć przy infekcji górnych dróg oddechowych, która pozbawia nas właściwej nam siły głosu. Ilekroć dopadnie mnie jakieś zapalenie krtani czy cóś, w związku z czym porozumiewam się wysilonym szeptem, moje psy starają się jak najszybciej oddalić z zasięgu tegoż szeptu, gdzie z czystym sumieniem ("nie słyszę, żebyś mnie wołała") zajmują się czynnościami zakazanymi w stylu zjadania kup.

Prowadzi nas to do morału dwojakiego. Po pierwsze nie należy nigdy się chwalić swoim psem. Po drugie pies najlepszym przyjacielem człowieka :D.

18:34, orvokki , News
Link Komentarze (9) »