Proszę o nie kopiowanie zdjęć ani tekstów z bloga. Tworzenie go wymaga czasu i wysiłku z mojej strony - kopiowanie czegokolwiek i publikowanie na innych stronach czy forach internetowych bez mojej wiedzy i zgody jest po prostu kradzieżą.
Zakładki:
Sunday and Vigo in English

Najważniejsze wpisy w blogu

Krewni i znajomi Królika

Edukacja dla Odpowiedzialnego Właściciela i Szkolenie dla Wspaniałego Psa

Hodowle

Owczarek pirenejski

Napisz do mnie

Kategorie: Wszystkie | English | Lektury | News | O Bravie | O Eri | O Sunday | O Vigo | O mnie
RSS
środa, 27 lipca 2011
Prawie gotowi

Prawie spakowałam się na EO i mam jakiś zyliard tobołków. Po dotkliwych doświadczeniach z ubiegłego roku zabieram fyfnaście swetrów, spodni i skarpet (tobołek nr 1), bo prognoza pogody jakaś taka mało optymistyczna, koc, śpiwór, materac (tobołek nr 2), żarcie (tobołek numer 3), żarcie dla psów (tobołek nr 4), kalosze (tobołek nr 5), aparat (przynajmniej porobię fajne zdjęcia w deszczu, co nie?, tobołek nr 6) oraz plecak ze wszystkim innym (tobołek nr 7). Wszystko ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE DO PRZEŻYCIA. 

W każdym razie trochę mam pietra, a trochę się cieszę, w końcu startuję z Super Spanielem i Perfekcyjną Pyrą, więc nie pozostaje mi nic innego jak być Profesjonalnym Przewodnikiem :). 

Jak zwykle o kciuki uprasza się :). 

23:58, orvokki , News
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 lipca 2011
Kanapowce

Od niedawna znowu mamy kanapę, full wypas, aż się spaniel odbija:

Tym samym pożegnałam mam nadzieję na zawsze, urocze kocyki, narzutki i kapy, którymi wiecznie musiałam przykrywać kanapy i fotele dla ochrony przed totalnie upieprzonymi psami po spacerze (NIGDY, no prawie nigdy, nie kąpię moich psów, ani nie płuczę ich po spacerze, bo chyba bym od tego zwariowała ;)).

Pyra z kolei zaanektowała swoje ulubione legowisko tym razem na całkowitym legalu, mianowicie materacyk z dawnego łóżka Sergiusza :). Nie wiem tylko, czy liczyła na towarzystwo:

20:49, orvokki , News
Link Komentarze (1) »
piątek, 22 lipca 2011
Pochwała kształtowania

Z racji tego, że leje, po pierwsze dzisiaj darowujemy sobie długi spacer - o ile wczoraj wyjście na zewnątrz można było podciągnąć pod przechadzkę w orzeźwiającej mżawce, o tyle dzisiaj byłby to już czysty masochizm, wieje, leje, zacina i naprawdę jest okropnie (byle co nas nie zraża, daję słowo). Po drugie z racji braku spaceru zrobiłam psom z rana sesję kształtowania, czego nie robiłam bardzo dawno, bo najpierw pochłonęły mnie ćwiczenia na przywołanie Susan G., potem zaś byłam naprawdę przeraźliwie zapracowana. Hm, no nie należy robić takich przerw, bo wszyscy rdzewieją i psy i ja ;). 

W ogóle mimo tego, że ostatnio bardzo mało używam klikera, naprawdę uważam, że jest to narzędzie niesamowicie ułatwiające życie. Moja przyjaciółka ostatnio przekonała swojego psa w parę minut do wejścia na bieżnię wodną do rehabilitacji dzięki kształtowaniu. Ja z kolei mimo że właściwie nigdy nie używam klikera konkretnie w agility, widzę, że robienie innych rzeczy z klikerem, przede wszystkim poprzez kształtowanie, niesamowicie ułatwia później pracę z psem na przeszkodach. Jedną z rzeczy, których moje psy nauczyły się dzięki kształtowaniu, jest wchodzenie w interakcje z przedmiotami i skupianie się na tych przedmiotach, a nie jedynie na mnie. Czyli na przykład gdy zaczynam uczyć psa slalomu i on widzi dwie tyczki wbite w ziemię, to od razu wie, że coś z tymi dwiema tyczkami trzeba będzie zrobić. Jako instruktorka widzę jak trudno jest przekonać o tym samym psa, który nie zna kształtowania. 

Drugą rzeczą, której pies się uczy poprzez kształtowanie, jest to, że błędy to nic złego. Błędy znaczą - spróbuj znowu, nie zniechęcaj się. Dzięki temu znowu - gdy przykładowo mój pies źle wejdzie w slalom i odwołam go z niego, nie zniechęca się, nie gasi, nie stwierdza, że jak tak, to chromoli i idzie porobić coś innego, tylko z niezmąconym zapałem próbuje znowu. 

Trzecią rzeczą, którą wykształca w psie kształtowanie, jest kreatywność. A więc psiak uczy się oferować zachowania, próbować czegoś nowego (hm, za wejście po drugiej tyczce nie ma nagrody? to może wejdę po trzeciej? też nie? może w takim razie za pierwszą? TAK!). 

Podjęłam więc mocne postanowienie ponownego rozruszania moich psów w temacie kształtowania :). 

A z innej bajki - dostałam cudne zdjęcia Bravy z seminarium w Goleniowie:

A tu takie specjalnie na dzisiejszą pogodę - Brava ćwiczy zostawanie w rozproszeniach:

13:50, orvokki , News
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 lipca 2011
Nie powstrzymałam się ;)

Odkąd na stronie activdoga pojawiły się tasiemki agilitowe jako zawołana gadżeciara wiedziałam, że muszę sprawić któremuś psu takie szelki :). Ale żeby mieć pretekst dla kolejnego wydania pieniędzy postanowiłam, że sprawię szelki temu, który się zakwalifikuje na MŚA. Słowo się rzekło ;):

Żeby było śmieszniej, w zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że Sunday, która w kwalifikacjach zajęła 3. miejsce w klasie small, nie spełniając jednego z kryteriów (2 czyste biegi agility), zgodnie z dodatkowymi zasadami kwalifikacji została jednak "dokwalifikowana", aby skompletować drużynę w small. Wygląda więc na to, że w tym roku w Lievin wystartuję z dwoma psami :). Z czego bardzo się cieszę  - będzie to 6 (sic!) występ Sunday na MŚA, zapewne, zważywszy jej wiek, ostatni. 

Z innej bajki - w najnowszym numerze Dog&Sport ukazał się mój felieton ;). Żeby było śmieszniej - o frisbee. 

11:44, orvokki , News
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2011
Pudlowy spacer socjalizacyjny

Dni psom mijają ostatnio dosyć leniwie z bardzo zapracowaną pańcią, nie licząc oczywiście codziennych długich spacerów, które po prostu są ZAWSZE, dla zdrowia psychicznego ich i mojego oraz wycieczki do Szczecina pociągiem, którą odbyła ze mną pyra. Bardzo sobie chwaliłam jej kompaktowość i przyjacielski stosunek do ludzi w tej podróży.

Dzisiaj za to była mała atrakcja, mianowicie spacerek socjalizacyjny w pudlowym towarzystwie w Parku Szczytnickim. Swoją drogą, absolutnie straszną rzeczą w szkoleniu psów jest to, że jest to orka na ugorze i ciągle trzeba robić to samo ;). W sensie - socjalizacja trwa przez całe życie psa, szkolenie trwa przez całe życie psa, szlifowanie stref, slalomu etc trwa całe życie psa etc ;). 

W każdym razie bydlaczki były całkiem grzeczne (Eri nie ma, bo poszła wcześniej na długi męczący spacer ze swoim pańciem):

Całe liczne towarzystwo (niezłe stanowiłyśmy widowisko, raz z racji tego, że to stado psów prowadziły raptem trzy panienki, dwa z racji zestawu imponujących pudli z kundlami pt. border, pyrki i nieogolony spaniel ;))

W ogóle jakby nie to, że absolutnie mnie przeraża konieczność jakiejkolwiek pielęgnacji włosa, to duży biały pudel to jest TO. Zjawisko :). 

20:59, orvokki , News
Link
środa, 06 lipca 2011

Znowu nie wiedzieć kiedy dwa tygodnie frrrruuuu i minęły ;). Byłam w tym czasie na jednym seminarium agility i dwóch zawodach, nie zapisałam na bieżąco, bo naprawdę nie było kiedy i teraz sobie intensywnie pluję w brodę. Obydwa weekendy były rewelacyjne przede wszystkim od strony towarzyskiej, dostałam tak gigantyczną dawkę pozytywnej energii, przyjaźni, wariackich pogaduszek i śmiechu, że przez chwilę codzienne życie "poza zawodami" wydało mi się jakieś takie szarawe i wypełnione jedynie ciężką pracą (ale nie jest tak źle na szczęście ;)). 

Pierwszy z tych magicznych weekendów spędziłam w Gliwicach-Czechowicach. W piątek wyciągałam nóżki na treningach agility z Lucie Dostalovą i Teresą Kralovą. Teresa nakrzyczała na mnie solidnie ;), aż mi szczęka opadła, że gadam nie to co trzeba, jestem nie tam gdzie trzeba i w ogóle ;). Znaczy seminarium uznałam za udane, bo czasem trzeba, żeby mnie ktoś wziął do galopu. I nauczyłam się takiego jednego myka, co to nigdy widząc go nie mogłam wyczaić o co w nim chodzi, a dziewczyny mi wreszcie to pokazały po kolei ;). Ogólnie obydwa treningi bardzo mi się podobały i chętnie jeszcze kiedyś się do Czeszek na trening pofatyguję :). 

Wieczorem przyjechał Sascha Grunder, sędzia zawodów, który bez wątpienia w bardzo dużej mierze stanowił "podmiot odpowiedzialny" za zajebistość zawodów. Świecił mianowicie wielkim uśmiechem od rana do wieczora. Dawno się nie spotkałam z sędzią tak autentycznie lubiącym psy i okazującym to na każdym kroku, a przy tym tak życzliwie nastawionym do zawodników. Kibicował każdemu, przeżywał, przymykał czasem oko ;), przypominał zawodnikom nieustannie, że najważniejsza jest dobra zabawa i ogólnie zdobył sobie w Polsce wielki fan club.

W sobotę wstałam z mega giga zapaleniem spojówek, na którą to przypadłość zwalam to, że biegałam tego dnia słabo, stawałam psom na drodze i w ogóle jakoś nam nie szło. No trudno, żeby przewodnik, który ledwie co widzi, potrafił się dobrze spozycjonować na torze ;). Tak więc dzień bez sukcesów. 

W niedzielę rano obudziłam się w takim stanie, że oczu w ogóle nie byłam w stanie otworzyć. Stanowiło to pewien problem, bo spałam w domeczku na pięterku z tak stromymi schodami, że właściwie należałoby je określić mianem drabiny, łazienka z wodą do rozklejenia ślepiów znajdowała się na dole i miałam do pokonania ciężki problem pt. Jak zejść, żeby się nie zabić. Jak widać, żyję, więc jakoś się udało. Nawet doprowadziłam oczy do porządku na tyle, że udało mi się kilka przyzwoitych biegów wykręcić, o na przykład taki:

W sumie coś tam trochę nawet powygrywałam, spaniel został I-vice Mistrzem Śląska na przykład :). 

Z wniosków ogólnych, to nie wiem, czy mi jednak ślepe zmiany nie zaczynają bokiem wychodzić, Eri mi zrobiła numer typu przejście za plecami parę razy. I nie wiem, czy to jest kwestia tego, że dopiero od niedawna to robimy i z czasem jej rozumienie tego, kiedy można, a kiedy nie można, będzie lepsze, czy też jednak niektórzy mają rację, że ślepe zmiany mieszają psu w głowie i kropka ;). 

Po skończonych zawodach miałam jeszcze problem pt. "tak mi tu dobrze, że nie chce mi się stąd ruszać, a poza tym fajnie się gada", w związku z czym ruszyłam do domu koszmarnie późno i dojechałam w stanie lekko agonalnym. 

Weekend ten co dopiero się skończył (a nie, przepraszam, to już środa jest... no właśnie ten czas strasznie zasuwa) spędziłam z kolei w Roznovie pod Radhostem (chciałoby się powiedzieć - uroczym czeskim miasteczku, ale Bogiem a prawdą nie mam pojęcia czy miasteczko było urocze, bo jak zwykle zobaczyłam tylko stadion :P) na zawodach Moravia Open. Zawody takie troszku większe, dwa ringi, 4 sędziów, 200 zawodników, w tym trochę sław typu Lisa Frick z Hossem (przysięgam, ona jest robotem, a pies jest skrzyżowany z wężem ;)). Fajnie było, torki mega ambitne i dające okazję do sprawdzenia różnych umiejętności, było na kogo popatrzeć jeśli chodzi o konkurencję, no i jak zwykle towarzystwo przednie. W piątek wieczorem na rozgrzewkę zdetkowałam się w dwóch przebiegach A3 ;) (detka Braveczki połączona była z efektownym orłem wywiniętym przeze mnie na mokrej sztucznej trawce). W sobotę były trzy biegi: 2x agility i raz jumping, z każdego z tych biegów w kategoriach Small i Medium 5 najlepszych kwalifikowało się do wielkiego finału. Sunday cwaniara od razu sobie załatwiła finał, zdobywając 3 miejsce w jumpingu:

Z Bravą też miałam ten bieg na czysto, ale nie dość szybki był, znaczy konkurencja szybszą była. Aczkolwiek mam intensywne wrażenie, że pocieczkowa Brava troszku jakby mniej zapyla niż zwykle. Po przejściach ze spanielem, który po cieczkach nie chciał biegać wcale, oraz Eri, która ślimaczyła się okrutnie, nie powinnam narzekać, ale generalnie biegało mi się z nią tak sobie i nie mogłyśmy się zgrać tak do końca. Koniec końców z Bravą też się zakwalifikowałam do finału, zajmując III m. w agility II (i to mimo tego, że przed slalomem wysłałam ją w kosmos i zatrzymanej strefy):

W finale ze spanielem zrobiłam coś beznadziejnego, wystartowałam ją zanim się dobrze ustawiłam i ominęła mi drugą przeszkodę. Wkurzona jestem na siebie do tej pory, bo nawet z tą odmową miała 5 miejsce, a reszta biegu była miodzio, więc mogłam być na pudle i wygrać Nokię ;). :

Bravy finał skaszaniłam dokumentnie we współpracy z samą Bravą ;).

W niedzielę lało. LAŁO. Po prostu powtórka z European Open 2010. ALE! Miałam buty, które nie przemakały. Miałam kurtkę, która nie przemakała (a przynajmniej nie od razu). Dzięki Romkowi miałam polar, dzięki któremu było mi ciepło w korpus. W związku z tym pomimo tego, że przemokłam do gaci oraz woda lała mi się za kołnierz czułam się znacznie bardziej komfortowo niż na wspomnianym EO. Poza tym wprawdzie moje biegi trudno zaliczyć do udanych, poza może jednym jumpingiem ze spanielem i jedną przyzwoitą detką z Bravą ;), ale i tak uważam, że psychicznie uniosłam deszcz lepiej niż na EO, znaczy cóż, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny ;). 

Przy okazji melduję, że w mega deszczu sztuczna trawa się sprawdza lepiej niż trawa prawdziwa, bo jest MNIEJ śliska, nie robi się błoto i nie stoją kałuże.

Wstawiam jedną swoją przyzwoitą detkę - trochę widać na filmiku, jak leje i że wyglądamy z Bravą jak zmokłe kury:

Lans z Flaszkami:

Fot. Marcin Kwiecień. 

23:30, orvokki , News
Link Komentarze (5) »