Proszę o nie kopiowanie zdjęć ani tekstów z bloga. Tworzenie go wymaga czasu i wysiłku z mojej strony - kopiowanie czegokolwiek i publikowanie na innych stronach czy forach internetowych bez mojej wiedzy i zgody jest po prostu kradzieżą.
Zakładki:
Sunday and Vigo in English

Najważniejsze wpisy w blogu

Krewni i znajomi Królika

Edukacja dla Odpowiedzialnego Właściciela i Szkolenie dla Wspaniałego Psa

Hodowle

Owczarek pirenejski

Napisz do mnie

Kategorie: Wszystkie | English | Lektury | News | O Bravie | O Eri | O Sunday | O Vigo | O mnie
RSS
poniedziałek, 30 maja 2011
DCDC Wrocław 2011

No to frisbowy debiut mamy za sobą i był to debiut całkiem udany, mimo pewnych moich niedociągnięć. Eri miała 4. miejsce za freestyle w startersach, Brava 15/24 zawodników - gorszy wynik to przede wszystkim rezultat gorszej łapalności, a ta z kolei mojego gorszego rzucania. Na dodatek totalnie skopałam jest toss and fetcha przez co chyba jeszcze spadłyśmy w klasyfikacji. Cieszę się jednak z tego, że udało nam się fajnie bawić, zrobić dobre wrażenie na sędziach i publiczności, suczyska ładnie i w skupieniu pracowały i w ogóle wszystko poszło jak na pierwszy raz całkiem przyzwoicie - Eri nawet załapała się na pucharek za najlepszy debiut :). A poza tym jak to na zawodach - była fajna atmosfera, byli znajomi i pogaduszki, załapałyśmy się na wypasiony zestaw startowy i kolekcję pięknych fotek i filmików :), które, aby nie przeciągać, w załączeniu:

I jeszcze trochę pięknych fot od Anzy:

18:29, orvokki , News
Link Komentarze (2) »
środa, 25 maja 2011
Po co komu zawody?

Temat startu w zawodach z psem wzbudza czasem kontrowersje. Zdarza się czytać czy słuchać zarzutów, że to zaspokajanie własnych ambicji kosztem zwierzęcia czy też w ogóle męczenie psa dla jakichś własnych korzyści (przy okazji: nie, na zawodach agility się nie zarabia. Jest to hobby jak każde inne, i podobnie jak powiedzmy wyjazdy na narty w Alpy, czy zbieranie znaczków, wiąże się nierzadko z poważnymi nakładami finansowymi). 

Sprawa tego, czemu w ogóle służą zawody i czy to męczenie zwierzątek, jest natomiast ważna i interesująca. 

Zacznijmy od tego, że sam dobrostan zwierzęcia i sport z psem są tematem zagorzałych dyskusji. Krótki rzut oka na fora internetowe przekona nas, że ciężko o porozumienie, gdy dwie osoby patrząc całkiem na to samo widzą zupełnie dwie różne rzeczy. Dla mnie punktem wyjścia jest przekonanie, że pies jest zwierzęciem wyhodowanym do współpracy z człowiekiem i w związku z tym potrzebuje tej współpracy, jak też i sensownego zajęcia. Uprawiam sport z psami i tak, uważam, że jest to dla nich korzystne i że jest to im potrzebne. Znakomita kondycja fizyczna i psychiczna wielu agilitowych psów w dość podeszłym wieku zdaje się to zresztą potwierdzać. 

Teraz sprawa zawodów - jak zwykle w ujęciu subiektywnym, aczkolwiek nie odosobnionym ;). Na jakiejś płaszczyźnie można oczywiście stwierdzić, że zawody potrzebne są człowiekowi, a nie psu i na tym sprawę zakończyć. Śmiem jednak twierdzić, że moje psy zawody lubią,na podstawie absolutnie nienaukowej obserwacji, że cieszą się jak na nie wyjeżdżamy, a jak któreś zostaje, to podnosi wielkie larum w proteście. Pies jest stworzeniem zdolnym do wielkiej empatii i wyczuwania nastroju człowieka. Na zawodach staje się pełnoprawnym członkiem zespołu i doświadcza wraz z człowiekiem radości z sukcesów (aczkolwiek nie powinien współuczestniczyć w goryczy porażki). Co więcej, uważam, że w dłuższej perspektywie zawody są czymś co bardzo korzystnie oddziałuje na naszą więź z psem.

Sprowadzanie startów w zawodach do aspektu rywalizacji z innymi jest ogromnym spłyceniem tematu. Po pierwsze, wyniki w sensie miejsca na podium nie są do końca zależne od nas, lecz również od naszej konkurencji. I tak możemy mieć kiepski, chaotyczny i bałaganiarski bieg, ale z racji tego, że konkurencji akurat też nie poszło, stanąć na podium. Może być tak, że uda nam się na czysto przebiec bardzo trudny tor, ale konkurencja była jednak od nas jeszcze lepsza i na podium się nie znajdziemy. Czy na pewno to pierwsze należy postrzegać w kategoriach zwycięstwa, a to drugie porażki? W zawodach ogromnie ważny jest aspekt mierzenia się samemu ze sobą, pokonywania własnych ograniczeń i trudności. To pozwala nam się cieszyć takimi sukcesami, jak to, że nasz pies dobrze zrobił bardzo trudne wejście w slalom czy też bezbłędnie zaliczył strefę zbieganą na zawodach i świętować własne zwycięstwa.

Najważniejsze jednak jest to, że zawody są prawdziwym sprawdzianem, a przez to motywują nas do rozwoju i doskonalenia się. Jak powiedziała Silvia Trkman, dwukrotna Mistrzyni Świata Agility, zbyt łatwo jest być doskonałym na treningu. Dopiero zawody są prawdziwą próbą: naszych umiejętności szkoleniowych, naszego podejścia, naszej więzi z psem, naszego zaufania. To na zawodach musimy stanąć - i to publicznie - przed nagą prawdą: czy udało mi się wytłumaczyć mojemu psu to, czego chciałem go nauczyć? Czy udało mi się go przygotować psychicznie i fizycznie? Czy udało mi się zmotywować psa tak, by był w stanie pracować w trudnych warunkach? Czy jestem w jego oczach wart tyle, by dać z siebie wszystko? Zawody stają się sprawdzianem, czy na pewno podążamy odpowiednią ścieżką - nie tylko sportową, ale przede wszystkim jeśli chodzi o nasze codzienne życie i przyjaźń z psem. 

Im dłużej w tym siedzę, tym bardziej holistycznie zaczynam postrzegać sport z psem. Kiedyś dawno wydawało mi się, że aby odnosić sukcesy, trzeba mieć dobrego psa (czyli kupić sobie coś z dobrymi predyspozycjami do sportu). Potem wprowadziłam poprawkę, że jeszcze takiego psa trzeba odpowiednio wyszkolić. A potem stopniowo odsłaniały się przede mną kolejne warstwy. Na sukces w agility czy jakimkolwiek sporcie składa się bowiem mnóstwo rzeczy, wykraczających poza sam trening: przygotowanie fizyczne zwierzęcia (żywienie, ruch, kondycja, rozgrzewka, rozprężenie etc), przygotowanie mentalne (nauka samokontroli, socjalizacja, rozbudzenie motywacji, praca w rozproszeniach), przygotowanie fizyczne przewodnika, przygotowanie mentalne przewodnika (wizualizacja, pozytywne myślenie, motywacja, definiowanie celów i tak dalej), wzajemne porozumienie, znajomość psychiki zwierzęcia (i jeszcze na dodatek dobrze mieć tę szczyptę szczęścia). Kiedyś agility wydawało mi się jakimś wycinkiem życia z psem, oderwanym od reszty, teraz widzę, że jest to coś, co z naszej codzienności z psem wyrasta i w czym ma korzenie. 

Na pewnym poziomie praca kosztem zwierzęcia przestaje być możliwa. Tylko zwierzę będące w optymalnej kondycji psychicznej i fizycznej będzie w stanie pobiec na maksimum swoich możliwości. Pies pracuje bez smyczy i obroży - tak więc tylko ten, który naprawdę to kocha i którego to cieszy, da z siebie wszystko. Oczywiście, jak wszędzie, znaleźć można patologie: ludzi, którzy nie dbają o dobro psa, takich, którzy wyładują na nim swoją frustrację, tacy, którzy nie cofną się przed zrobieniem czegoś jego kosztem. Ale to margines. Prawdziwą inspiracją są ci, którzy jak Jenny Damm, Mistrzyni Świata Agility, potrafią wycofać psa z finałowego biegu na MŚA widząc, że ten oszczędza łapę.

Ja sama do pewnego rodzaju pracy z psem, do spojrzenia w lustro w takim sensie, w jakim mówi o tym choćby Inki Sjosten (pies jest wszak jedynie odbiciem naszych umiejętności szkoleniowych), do tego holistycznego podejścia nie dojrzałabym - być może nigdy, a może dużo później - bez zawodów. Na treningu zbyt łatwo być doskonałym. 

Czasem się można gdzieś zapętlić, zagubić, ale to właśnie zawody pozwolą to zweryfikować i odnaleźć właściwą ścieżkę. Często to właśnie taki rekreacyjny "tylko dla zabawy, nie dla zawodów" sport z psem staje się bardziej niebezpieczny dla zwierzęcia, bo zapomina się w nim o tych wszystkich rzeczach, o których pisałam powyżej (albo po prostu nigdy się ich nie odkrywa). Nie twierdzę oczywiście, że nie startując w zawodach nie można mieć więzi z psem, albo że w rekreacyjnym uprawianiu sportu z psem jako takim jest coś złego - jestem jednak przekonana, że w przypadku moich psów ta więź jest o wiele lepsza i głębsza niż byłaby bez całej tej pracy, do której zmotywowały mnie właśnie starty w zawodach. 

Najlepsze jest, że to podróż, która nigdy się nie kończy. 

15:16, orvokki , News
Link Komentarze (4) »
niedziela, 22 maja 2011
Praca wre na wielu frontach :)

28. maja startujemy w startersach na DCDC we Wrocławiu (przez my należy rozumieć zespół Olga&Brava oraz Olga&Eri). Znaczy nasze pierwsze zawody frisbee w życiu. Ćwiczymy dzielnie i pilnie, choć zapewne nie tak pilnie jak by należało (znaczy należało pewnie zacząć pół roku wcześniej, a nie dwa tygodnie :P). Odkryłam przy okazji tajemnicze ograniczenie swojego umysłu, z którym mam nadzieję uda mi się uporać do soboty. Mianowicie nauczenie się i wykonanie jednego układu do freestyle absolutnie i nieodwołalnie wypiera z mojej głowy układ opracowany dla drugiego psa. Muszę sobie opracować jakąś wypaśną ściągę i liczyć na to, że organizatorzy dadzą mi dość czasu między jednym psem i drugim, żeby ją sobie przyswoić ;). Ogólnie uczenie się torów agilitowych to przy tym pikuś. Ćwiczenie freestyle bez psa natomiast pod względem tego, jak idiotycznie wygląda, przebija nawet zapoznanie z torem ;). 

Moje układy same w sobie też mają niejakie braki typu są o jakieś 30 sekund za krótkie ;) więc szybko jeszcze potrzeba mi parę błyskotliwych pomysłów lub też będę skazana na błyskotliwą improwizację ;). 

Drugi front, na którym praca wre, to Vigo w leasingu - ponieważ trudno mi przy nim ogarnąć moje nerwy, a Katka potrzebuje psa do biegania, to zawarłyśmy układ. Pierwszy trening wyglądał na tyle obiecująco, że Katka się zgłosiła z Vigo na zawody do Chorzowa ;). Dzisiaj był trening numer 2, który wyglądał nieco gorzej, acz nie beznadziejnie, a trudności tłumaczymy tym, że było miliard stopni w cieniu. Ale nie poddajemy się, hej :). 

A poza tym to nuda, jak zwykle. Piłeczki, rowerek, pływanie ;).

21:15, orvokki , News
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 maja 2011

Jeśli chodzi o częstotliwość wpisów ostatnio, to już mi się nawet nie chce tłumaczyć, że ogólnie rzecz biorąc doba ma za mało godzin...

Wczoraj wyskoczyliśmy na jeden dzień na zawody za południową granicą, do Opavy. Powyżej filmik z ostatniego w życiu dwójkowego przebiegu Bravy - wprawdzie do trójek awansowała jeszcze w Bydgoszczy, ale na zawody do Opavy zgłoszona była wcześniej i już mi się nie chciało jej przepisywać. Sędziował Tomas Glabazna, który pogratulował nam później tego biegu :) Puchnę z dumy. Brava wygrała też jumping open, również z czasem ponad 5 m/sek. 

Spaniel wczoraj za to coś nie do końca był w nastroju - w jednym biegu szalała zupełnie bez kontaktu, waliła kilometrowe łuki, w drugim nagle jej się slalom odwidział (fakt faktem, że slalom miał syfiastą konstrukcję, taką, że pies musiał przebiegać po podpórkach i nie wszystkim psom się to podobało), w trzecim się zebrała w sobie i wygrała ;). Ogólnie jednak moim celem było przede wszystkim poćwiczenie z nią strefek na zawodach, bo troszku jej się ostatnio zapominało ;) - cel został osiągnięty, wygrany jumping to taki bonus :).

Przy okazji wreszcie poznałam najnowszego pyrka w Polsce, importowanego z Francji FLAGRANT DELIRE de Loubajac. Chłopaczek pomijając braki socjalizacyjne jest absolutnie uroczy i chwyta za serce strasznie (a poza tym ma naprawdę wyrąbisty rodowód). Flaszek:

Flaszek z Bravą:

09:33, orvokki , News
Link Komentarze (2) »
środa, 04 maja 2011
Powrotny galimatias :)

Po powrocie zastałam cudnie wyremontowany pokój i przedpokój (mamy tam teraz taki piękny mebel zintegrowany z posłaniami dla psów :)). Nie zastałam naszej starej wysłużonej kanapy, a zamiast niej dwa fotele (rozwiązanie tymczasowe). W związku z powyższym psy nieustannie grają teraz w jakiś wariant komórek do wynajęcia czy jak to tam się nazywa - rzecz w tym, że mimo że psie legowiska znajdują się w tym domu w każdym kącie, to tych najbardziej pożądanych nagle się zrobiło tylko dwa. Tak więc w pierwszy dzień po moim powrocie Sunday i Vigo łaziły za mną stęsknione krok w krok, natomiast wyrodna młodzież twardo okupowała fotele na zasadzie "byle co mnie stąd nie ruszy". 

Ku mojej uldze psiska mimo 10 dni mojej nieobecności pamiętają nasze zabawy spod znaku Susan G. i nawet nie musiałam im bardzo przypominać, że nadal ja tu rządzę ;). W niedzielę skoczyłam na mały trening agilitowy przez zawodami i z równą ulgą stwierdziłam, że jednak coś niecoś pamiętają. Po południu natomiast w miłym towarzystwie ruszyłam do Bydgoszczy, gdzie już kolejny rok spędzam majówkę na zawodach agility. 

Jak zawsze było bardzo miło, chociaż pogoda nas nie rozpieszczała, bo temperatury oscylowały w okolicach 5 stopni. Chociaż biorąc pod uwagę śnieżyce w innych częściach kraju to chyba można uznać, że mieliśmy fory. 

Bydgoskie zawody są dla mnie zawsze bardzo udane, tak też było i tym razem. Brava dokładnie rok od swojego agilitowego debiutu uzyskała ostatni wpis do A3 (tak więc teraz mam cztery psy w trójkach!), a poza tym absolutnie wymiotła, wygrywając 6 z 6 biegów, przy czym w co najmniej dwóch miała najlepszy czas we wszystkich kategoriach wzrostowych. Spaniel też wykosił wszystkie openowe biegi, Eri była strasznie grzeczna i też coś tam powygrywała, chociaż zdarzyło jej się parę zrzutek. W sumie w sobotę zarówno Sunday jak i Brava wygrały openy w swoich kategoriach, w niedzielę tak samo, a Eri w niedzielę zajęła trzecie miejsce w klasyfikacji łącznej large. 

Sędziował Pavol Vakonic, który jak zwykle stawiał torki na myślenie - tzn. mam wrażenie, że jego tory są bardzo płynne dla psa pod warunkiem, że się wymyśli dobry sposób na jego poprowadzenie. W paru przypadkach rzeczywiście było co rozkminiać :). Miałam okazję poćwiczyć sobie i trudne wejścia w slalom (bardzo jestem dumna z Erisi, która tylko jedno wejście skaszaniła i to przy wybitnej mojej pomocy) i z Bravą strefę zbieganą i zatrzymywaną (na szczęście większość torów pozwalała wykorzystać zbieganą :D). Miałam też okazję dostarczyć sobie delikatnego dodatkowego stresora, mianowicie zgłosiłam też Bravę na wystawę, no bo skoro już miałam zawody i wystawę w jednym miejscu... ;). Ogólnie rzecz biorąc łapanie dwóch srok za ogon nie jest najlepszym pomysłem, bo sugerując się planem godzinowym z katalogu spóźniłam się na ocenę w ringu. Na szczęście pani sędzia była bardzo miła i zgodziła się nas ocenić po PONach, czyli "za jakieś 5 minut". No to skoczyłam jeszcze w czasie tych 5 minut pobiec jumping :P, bo raz że się bałam, że potem już nie zdążę, a dwa że stwierdziłam, że to świetne wyzwanie i ćwiczenie na umiejętność szybkiego zebrania myśli. Chyba mi się udało:

Jeśli chodzi o samą wystawę, to nasza konkurencja w postaci Evoka nie dojechała, co pozwoliło Bravie dostać BOBa i te różne inne literki w rodzaju CWC ;). Hodowlankę mamy skończoną, pani sędzia pochwaliła zamiar hodowania, doceniła fantastyczny charakter Bravy oraz przyjęła moje wyjaśnienie, że to model sportowy, a nie wystawowy (stąd chudość), aczkolwiek zasugerowała, żebym jednak wychodzenie na wybór Najpiękniejszego Psa Grupy I sobie podarowała ;). No w sumie chyba już wolę takie jasne postawienie sprawy, niż jak mi później na BISach sędzia nie zaszczyca psa nawet spojrzeniem, jak to miało miejsce we Wrocławiu. 

We wtorek mieliśmy dodatkowe emocje związane z meczem Legii z Lechem, który miał się odbyć wieczorem tego dnia. Doświadczyliśmy więc atrakcji typu wybuchające petardy, przejazd kolumny radiowozów, okrzyki schodzących się watah kiboli oraz latający podczas mojego ostatniego przebiegu nad naszymi głowami helikopter, przez który trudno było dosłyszeć własne myśli. Wielkie podziękowania dla organizatorów, którym udało się skończyć zawody przed meczem i wielką zadymą, która po nim nastąpiła. Wyjazd z zawodów też był ciekawy, bo aby ominąć rzeczonych kiboli jechało się przez jednostkę wojskową, gdzie mili panowie z karabinami wskazywali drogę na kolejnych skrzyżowaniach. 

Oprócz wspaniałych nagród mam też z tych zawodów mnóstwo filmików (do obejrzenia na moim kanale Youtube) oraz trochę pięknych zdjęć, za które bardzo dziękuję ich autorom:

22:35, orvokki , News
Link Komentarze (5) »